jakub-rozalski..jpg
Opowiadanie na konkurs IRON HARVEST
Rusviet / Blaszany Kapturek

Sańka Kosonogi wstał wcześnie. Zdjął koszulę, strzepnął, żeby pozbyć się ostrych źdźbeł słomy. Słońce już paliło. Siadł na samym brzegu Wołgi. Drugi brzeg ukrywał się przed wzrokiem gdzieś w oddali, a woda oślepiała, odbijając nisko wiszące słońce. Z kieszeni spodni wyjął kawałek czarnego chleba. Już słyszał ciężkie dudnienie, ale daleko. Miał czas, żeby zjeść.

Wstał, kiedy pod tyłkiem poczuł wibracje. Trzeba ruszyć do pracy. Jego „Dzwoneczek” stał pomiędzy młodymi brzózkami kawałek od brzegu. Postawił go w cieniu, bo pancerne blachy na słońcu nagrzewały się lepiej niż piec w chacie jego dziadków pod Symbirskiem.

Do maszyny wchodziło się po żelaznej drabince, ale na oczy jej nigdy nie widział. Od samego początku wchodził na górę, opierając nogę na kratownicy na nodze machiny, a potem skacząc do włazu.

Wszystkie wajchy w kokpicie były podpisane, ale Sańka nie umiał czytać. Popatrzył na nie skupiony, wypuścił głośno powietrze i zaczął z pamięci odtwarzać skomplikowaną sekwencję ruchów. W końcu silnik kaszlnął, wypluł z siebie siną chmurę spalin i zaczął pracować miarowo.

Sańka pociągnął lewą dźwignię i poczuł, jak noga „Dzwoneczka” unosi się nad ziemię, a potem opada twardo na spaloną słońcem ziemię. Prawa wajcha i idziemy. Z zarośli na brzeg wyszedł akurat gdy było już widać drugą identyczną machinę. Na długim, grubym łańcuchu ciągnęła ogromną barkę kopiato załadowaną beczkami ropy z Baku.

Z pilotem drugiego „dzwoneczka” nie porozmawiał. Huk obu silników zagłuszyłby nawet krzyk. Dogadali się na migi, przepięli łańcuch do maszyny Sańki i każdy ruszył w swoją stronę. Barka była ciężka, silnik „Dzwoneczka” wył na niskim biegu. „Męczy się, biedactwo” – pomyślał o mechanicznym towarzyszu.

To była bojowa maszyna byle jak zmieniona w spalinowego burłaka. Przez wąski wizjer widział niewiele, a maleńki właz, nawet otwarty, nie wpuszczał do środka dość powietrza. Sańka pocił się jak szczur, a silnik za plecami grzał dodatkowo i wprawiał cały pancerz w wibracje. Chłopak przeklął na głos, choć sam nie usłyszał swoich słów. „Na taki ładunek powinni dać dwie machiny” – pomyślał.

Puścił prawą wajchę, żeby przetrzeć czoło i wtedy coś zazgrzytało. Jakby stalowa „stopa” trafiła w coś twardego. Maszyna przechyliła się groźnie. Sańka chwycił za stery, a oczy przyłożył do wizjera, ale było już za późno. Pancerna kabina uderzyła w piach.

Obudził się po chwili. Rozbita głowa bolała dziko. Wszędzie była jego krew. Wyczołgał się powoli z włazu prosto na plażę. Rozejrzał się dookoła. Gdzieś z daleka słychać było tętent końskich kopyt i krzyki. Bandyci? Kozacy? Odwrócił się. Jego „Dzwoneczek” leżał na ziemi. Silnik się zadławił i zgasł. „Gdyby udało się go odpalić, dałbym radę go postawić” – pomyślał jeszcze, zanim…

***

Ruch na skraju lasu przykuł jego uwagę. Jakaś postać wyłoniła się z leśnego traktu i wypadła na równinę jakieś 200 metrów od niego i leżącego dzwoneczka. Zmierzchało i krwawe słońce uderzało w oczy. Przyłożył dłoń do czoła i zobaczył biegnącą dziewczynę z rozwianymi od biegu blond włosami wystającymi spod wojskowej grubej czapy z czerwoną gwiazdą. Miała na sobie zielonkawą bluzę munduru z połyskującymi w słońcu dużymi guzami i krótką spódnicę. Szybko przebierała nogami w wysokich butach do kolan pędząc jakby gonił ją sam diabeł. Obok niej biegł olbrzymi czarno szary wilkor objuczony sakwami niczym muł. Gęsta bujna sierść falowała przy każdym susie a krwawo złote ślepia bestii patrzyły złowrogo. Zobaczywszy Sańkę i jego mecha dziewczyna na sekundę zwolniła zdziwiona po czym skierowała się wprost na niego. Ten stał jak oniemiały, zaczarowany widokiem kiedy ta przebiegła tuż obok i wspięła się zwinnie po kratownicy znikając w blaszanym wnętrzu przewróconego na bok dzwoneczka. Za nią dając wielkiego susa wskoczył do środka wilkołak, tak pomyślał o zwierzu. Chwila zawahania i Sańka wdrapał się za dziwnymi gapowiczami do kabiny.

Ci w mgnieniu oka rozgościli się w blaszanym wnętrzu jakby dzwoneczek należał do dziewczyny od lat. Bezceremonialnie rozsiadła się na miejscu kierowcy i zaczęła operować wajchami, regulować pokrętła.

Sańka dał krok w jej kierunku krzycząc

- Ej Ty zostaw co ty wyrabiasz – chciał złapać ją za ramię. Odciągnąć i nawrzucać, co sobie wyobraża, że to jego maszyna i tak dalej gdy przed sobą zobaczył wielkie wyszczerzone kły wilkora i usłyszał warknięcie tak straszne że aż zmroziło mu krew w żyłach. Cofnął się aż do otworu w pancerzu.

Tymczasem jasnowłosy intruz nie przestawał myszkować po kabinie chcąc pospiesznie odpalić stalowego giganta.

Chciał powiedzieć że to bez sensu bo kotły wygasły i ciśnienie zeszło po upadku. Nawet on nie wiedział jak teraz podnieść maszynę. Zawsze pracował ze Stiepanem Sawczukiem, starszyną jak go nazywali. On tu był szef i mechanik znamienity. Dziś pierwszy raz sam prowadził dzwoneczka bo starszyna zatruty samogonem po wczorajszym weselu zaległ w chlewiku.

Skoro tak niech się męczy pomyślał. W końcu da za wygraną i zobaczymy kto tu jest oficer.

Nieznajoma jednak radziła sobie z maszynerią nadspodziewanie dobrze. Otworzyła klapę w podłodze i zeskoczyła na poziom maszynowni. Dorzuciła do paleniska, przesunęła wajchy, odkręciła dwa prawe zawory i dało się słyszeć głośne puf, syk i para poszła w tłoki. Znalazła się z powrotem w fotelu pilota pchnęła drążek i kabina robota zaczęła się unosić na hydraulicznych masywnych kończynach.

Czort nie baba pomyślał Sańka i kiedy zastanawiał się skąd u dziewczyny takie umiejętności i pośpiech coś syknęło i przeleciało koło ucha rykoszetując po kabinie z brzękiem. Za chwilę kolejne kule przeleciały ze świstem. Spojrzał przez właz i zobaczył na zewnątrz oddział kozaków, który właśnie wypadł z lasu i strzelał do nich raz za razem. W oka mgnieniu skojarzył słyszany wcześniej tętent kopyt, pośpiech nieznajomej i było jasne przed kim uciekała. Chciał wyskoczyć, wytłumaczyć kozakom że jest ofiarą w tym zajściu, ale ci wpierw strzelali a potem pytali. Dziewczyna zakończyła jego dylematy zatrzaskując z hukiem właz. Wskoczyła na fotel i manewrując drążkami wprawiła robota w ruch. Kołysząc się krok za krokiem dzwoneczek powoli ruszył do przodu. Maszyna skręciła ku Wołdze i zanurzyła swe długie żelazne nogi w topieli. Brnąc powoli w mulistym dnie mech pokonywał wartki nurt rzeki. Gdy dziewczyna wydostała maszynę na drugi brzeg szarpnęło kabiną. Łańcuch ciągnący barkę zatrzymał robota w miejscu niczym kotwica. Pociągnęła za wajchę zwolniła hol zostawiając barkę z jej cennym ładunkiem na środku rzeki, ku przerażeniu Sańki który zakrył twarz w dłoniach.

Dzwoneczek ruszył na wschód zostawiając daleko za sobą Wołgę i wściekłych kozaków. Kolejne godziny wypełniła cisza przerywana miarowym odgłosem pracujących tłoków i powarkiwaniem wilkora, gdy tylko Sańka się poruszył. Biedaczysko siedział skulony w kącie rozpaczając w myślach nad swoim nędznym acz spokojnym dotąd żywotem, który za sprawą porwania przez nieznajomą legł w gruzach. Widząc to dziewczynie chyba zrobiło się go żal. Dotąd milcząca, wpatrzona w wizjer i zajęta sterowaniem maszyny sięgnęła do woreczka zawieszonego na szyi i wyjęła złotą sturublówkę którą rzuciła Sańce.

- Masz, nie rozpaczaj. Muszę się dostać na wschód. Pożyczam twojego mecha, a jak dotrzemy na miejsce zwrócę ci twoją zabawkę i jeszcze dorzucę dwie monety. – powiedziała po rosyjsku ale z dziwnym obcym akcentem.

Sańce oczy się rozświetliły na widok monety. Takiego bogactwa jeszcze na oczy nie widział. Pomyślał że to więcej niż zarobi przez rok pracy na dzwoneczku albo nawet w kopalni. Niech się dzieje co chce, jakoś się chyba wytłumaczy po powrocie do fabryki.

Następne dwa dni podróży minęły szybko. Dzwoneczek raźno pokonywał kolejne kilometry krztusząc się czasem i prychając z komina czarnym dymem w niebo. Nieznajoma i Sańka współpracowali w obsłudze maszynerii i zamieniali się w fotelu pilota blaszaka bo od ciągłego patrzenia w mały wizjer bolały oczy a na rękach od dźwigni robiły bąble. Zajadali zapasy czarnego razowca chłopaka oraz kaszę i kiełbasę która była w jukach wilkora popijając kawą. Ten ostatni nawet już mniej powarkiwał na chłopaka jakby się do niego przekonał. Tylko jego pani nadal była tajemnicza, milcząca i nie skora do pogawędki. Cały czas ściskała torbę którą miała przewieszoną przez ramie i nie zostawiała jej ani na chwilę jakby jakowyś skarb tam miała.

Mijali wioski w których chłopi widząc lśniącego w słońcu potwora jak las wysokiego, klękali i modlili się z przerażeniem. Przemierzali długie i szerokie jak okiem sięgnąć żyzne ukraińskie pola. Podziwiali w milczeniu zachody i wschody słońca odbite w taflach rzek i jezior. Zatrzymywali się krótko nocami a o świcie ruszali dalej.

Trzeciego dnia dotarli do granicy z Prusami poprzecinanej labiryntem okopów i ziemi niczyjej zrytej dołami i lejami bo bombach, gdzie niedawno wielka wojna zbierała krwawe żniwo. Czarny martwy krajobraz dopełniały wraki wypalonych czołgów i stada kruków obdzierające z resztek mięsa trupy których wiele jeszcze zalegiwało tę pustynię zagłady i śmierci. Wojna skończyła się już dwa lata temu, ale nadal pograniczne tereny były niespokojne. Co raz granicę naruszały stalowe monstra na wielkich nogach plując ogniem pocisków i niosąc zniszczenie okolicznym wsiom i miasteczkom.

Dziewczyna stała się podenerwowana. Wypatrywała czarnych kształtów na widnokręgu.

- Jeszcze pół dnia drogi i będziemy na miejscu - oznajmiła Sańce któremu ta podróż jak i dziewczyna zaczynały się coraz bardziej podobać.

- Na miejscu? Czyli gdzie? - zapytał

- W Polonii – odrzekła z nadzieją i tęsknotą w głosie.

To stąd ten akcent pomyślał Sańka. Słyszał o tym kraju. Starszyna opowiadał że po wielkiej wojnie na wschodzie nowe państwo zwane Polonia powstało. Mówił że naród to dumny i bitny co 100 lat niewoli przetrwał.

- Ty Polka? Co na dalekim Krymie robiła? – zapytał.

Jednak nieznajoma już nie odpowiedziała i ponownie irytująca cisza zaległa wnętrze maszyny.

W pewnej chwili uniosła się i przykleiła czoło do wizjera.

- Robot! – krzyknęła.

Sańka zerwał się na równe nogi. Odsunął dziewczynę i spojrzał w wizjer. W oddali majaczył kształt żelaznego czarnego monstrum. Wielki mech na trzech masywnych nogach sunął niczym ogromny pająk w ich kierunku.

- Zawracaj! Uciekajmy. – rzucił

- Za późno już nas dostrzegli. Są szybsi nie uciekniemy. – odpowiedziała

Miała rację. Dzwoneczek napędzany parą był przestarzały i dużo wolniejszy od nowoczesnych mechów z silnikami na ropę rafinowaną. Nie mieli szans na ucieczkę.

- Skaczmy i w las - krzyknął Sańka chcąc salwować się ucieczką nie bacząc na utratę dzwoneczka.

- Nie! będziemy walczyć – odpowiedziała

- Jak? to szaleństwo.

- Pomożesz, czy nie? – w głosie dziewczyny była niepewność i prośba.

Sańka który właśnie otwierał właz by gnany wrodzonym tchórzostwem opuścić tonący okręt zatrzymał się i spojrzał na dziewczynę. Na jej twarzy malowała się determinacja, zrozumiał że nie da się przekonać do ucieczki.

- Co mam robić? – zapytał głosem skazańca.

W jej oczach zobaczył wdzięczność.

- Na dolnym pokładzie widziałam pocisk. Załaduj działo.

Pośpiesznie specjalnymi łańcuchami ułożył pocisk na prowadnicy i wprowadził do komory olbrzymiej armaty znajdującej się na przedzie robota.

Dwa gigantyczne żelazne monstra zbliżały się do siebie. Wyglądało to jak starcie Dawida z Goliatem. Naprzeciwko mniejszego parowego dzwoneczka parł ogromny niczym góra czarny PKR-20 czyli pruski PanzerKampfroboter o kształcie trójnogiego pająka, napędzany okrętowym silnikiem spalinowym górujący ponad wierzchołkami drzew i niszczący wszystko co stawało na jego drodze.

Dziewczyna wpatrzona w wizjer nieustraszenie dążyła do starcia, jakby nie widzą dysproporcji mechów. Sańka z ręką na spuście armaty modlił się szeptem o ratunek z niebios. PKR-20 otworzył luki dział na dziobie maszyny po czym dało się zauważyć kłęby dymu odpalanej salwy. Niczym z burty średniowiecznego galeonu poszedł wystrzał kilkunastu pocisków. W tym momencie pilotka dzwoneczka szarpnęła prawą wajchę do tyłu a lewą pchnęła do przodu. Robot błyskawicznie skręcił w prawo jednocześnie prawie kładąc się na zniżonej stalowej nodze. Salwa pocisków przemknęła nad lewą burtą i tylko jeden pocisk walnął w cel prześlizgując się po burcie robota wgniatając metal na metr i powodują zgrzyt tak potworny że dwójka załogi niemal ogłuchła. Targnęło maszyną jednak nadal twardo stała na nogach. Dziewczyna wyprostowała machinę, pchnęła obie wajchy do przodu szarżując wprost na wroga nim ten ponownie załaduje działa.

- Przygotuj się! – krzyknęła do działowego Sańki

Naprowadziła celownik w wizjerze na przednią kończynę czarnego mecha.

- Ognia! – wydała komendę i Sańka szarpnął spust działa. Chwila napięcia i pocisk uderza w zawiasy kończyny PKR-20 rozrywając ją wpół. Czarny super-mech zawył obrotami silnika i runął uderzając o ziemię monumentalną kabiną z taką siłą że tsunami ziemi i pyłu zakryło wszystko po horyzont.

Dziewczyna oderwała głowę od wizjera i spojrzała na Sańkę z ognikami w oczach. Ten z bladą twarzą wyczekiwał wieści o życiu lub śmierci.

- Trafiony! Zniszczony! – podskoczyła z emocji.

Chłopak osunął się na ziemię i usiadł zdewastowany napięciem oraz emocjami. Popatrzył na blondynkę i znów pomyślał … czort nie baba.

Pani kapitan skierowała robota na południe chcąc jak najszybciej oddalić się z miejsca starcia i uciec przed ewentualnym pościgiem innych pruskich mechów. Przed zmrokiem dotarli na tereny Polonii, gdzie dziewczyna miała spotkać się rano z polskim oddziałem. Ukryli dzwoneczka na skraju lasu. Wygasili kotły by dymem nie zdradzić swojej pozycji i ułożyli się do snu. Jeszcze nakręceni walką i emocjami próżno próbowali zasnąć. W dodatku mróz wiosenny skuł białym szronem pola, drzewa i blaszane wnętrze mecha, w którym po wygaszeniu kotłów zrobiło się przeraźliwie zimno. Oboje dygotali i szczękali zębami z zimna. Sańka usłuszał delikatny szelest i poczuł jak dziewczyna kładzie się za nim. Przywarła całym ciałem tak że czuł jej ciepły oddech na szyi.

- Będzie nam cieplej – wyszeptała

Sańka czuł jak jego ciało zaczyna drżeć i reagować na bliskość oraz zapach dziewczyny. Miał babę we wsi do której chadzał. Gruba była, pachniała słoniną i obierkami noszonymi świniom a w nocy ciepło i uciechę dawała. Towarzyszka w pijaństwie wychylała kufel piwa niby krasnolud w brodzie z białej piany. Teraz jednak to było coś innego, nierealnego. Piękna dziewczyna o zapachu lawendy leżała tuż obok, tak blisko że czuł jej ciało i oddech. Chyba wyczuła afekt i poruszenie chłopaka bo po chwili poczuł jej dotyk i ciało na sobie. Żarliwa namiętność ogarnęła ich ciała gdy kochali się długo i bez opamiętania.

Po wszystkim leżeli obok siebie w ciszy patrząc na obłoczki pary ich oddechów unoszące się w górę.

- Co robiłaś na tamtej polanie? Przed czym uciekałaś? – zapytał o to co nurtowało go już dwa dni.

- Wyobraź sobie energię która nie ma sobie równych i może wprawić w ruch mechy ogromne jak całe miasto, albo broń tak potężną że niszczy całe armie w jednej chwili. – powiedziała to i spojrzała na bagaż którego tak strzegła.

Sańka przejęty chciał pytać dalej. Tak wiele myśli i pytać cisnęło mu się w głowie, ale usłyszał równy cichy oddech jasnowłosej nieznajomej która właśnie zasnęła. Przytulił głowę by być jak najbliżej tego cudu który mu się przydarzył i wkrótce również zapadł w objęcia morfeusza.

Obudziło go zimno i hałas dochodzący z daleka. Posłanie w miejscu gdzie była dziewczyna było puste i zimne. Zerwał się rozglądając wokoło. Dobiegł do otwartego włazu dzwoneczka i zobaczył dziewczynę stojąca na łące. W oddali zbliżał się oddział kawalerii Polonii. Widok to był wspaniały. Ciężkie opancerzone na łbach i kiełbie hybrydy tarpanów galopowały wypełniając dudnieniem kopyt całą dolinę. Chronione od pyska aż po kłąb stalową kolczugą. Na grzbietach pochyleni potężni jeźdźcy w pobłyskujących w słońcu stalowych naramiennikach i napierśnikach z orłem w koronie, w dłoniach dzierżyli długie masywne rusznice przeciwpancerne. Do pasa przytroczoną mieli broń białą do walki w zwarciu. Potężne prawie dwumetrowe szable z hartowanej stali z ostrą klingą wykończoną wielkimi ostrymi zębami na głowni. Broń ta potocznie brzeszczotem zwana niosła zniszczenie okrutne przy szarży tak na piechotę jak i mechy których stalowe zawiasy lub podbrzusza rozpruwała.

Polanie zatrzymali konie przed dziewczyną. Dowódca sprawnie zeskoczył z konia i zasalutował z gracją.

- Rotmistrz Kalita melduje się na rozkaz – wyrzucił z siebie wąsaty oficer.

Dziewczyna oddała honory i dołączył do niej ubrany w czarny płaszcz oraz tego samego koloru stetsona mężczyzna przybyły z ułanami. Odeszli kilka kroków na bok cicho rozmawiając gdy dziewczyna sięgnęła do torby pokazując mężczyźnie tajemniczy ładunek. Sańka ujrzał niby przedmiot  z płynem. Niebieski połyskujący raz po raz tajemnym magicznym pulsującym światłem wędrującym w środku krętymi zwojami. Twarz mężczyzny wypełnił podziw i uznanie. Odebrał przedmiot i wszyscy dosiedli koni, również ona specjalnie dla niej przyprowadzonego wierzchowca.

Sańka stał na mechu obserwując w milczeniu ten spektakl. Czuł że zaraz jego piękna nieznajoma odjedzie i opuści go tak nagle jak pojawiła się w jego życiu. Chciał krzyczeć zostań, podbiec zdjąć ją z konia zatrzymać w ramionach. Jednak czuł że to daremne, ich podróż dobiegła końca.

Dziewczyna podjechała do Sańki. Ich wzrok się spotkał. Uśmiechnęła się i zapytała:

- Jak masz na imię?

- Sańka – odpowiedział i czuł że głos mu się łamie.

- Dziękuję ci za podróż, Sańko odważny – powiedziała czule.

- Może … - zaczął chłopak gdy wtem wąsaty rotmistrz wydał komendę i oddział wyrwał z kopyta.

Nie dokończył. Dziewczyną spięła konia rzuciła pożegnalne spojrzenie i oddalała się za oddziałem.

Zdążył zawołać:

- Jak Ci na imię –

- Mariaaa … - usłyszał, po czym rozległ się gwizd na którego dźwięk wilkor wynurzył się z kabiny mecha. Podniósł łeb, machnął przyjacielsko ogonem do chłopaka, po czym skoczył i pognał za konnymi.

Sańka stał jeszcze chwilę patrząc w dal za oddalającą się dziewczyną aż zniknęła za horyzontem. 

Wrócił do wnętrza które jeszcze pachniało lawendą i po raz pierwszy w życiu poczuł się samotny. Po chwili zauważył woreczek wiszący na siedzeniu. Zaciekawiony podszedł sprawdzić zawiniątko i wysypał zawartość na dłoń. Przed oczami zabłysła mu garść złotych sturublówek.

 

Koniec

zdjęcie: Jakub Różalski